sobota, 25 września 2010

Rozdział 4 - Z pamiętnika Martis

Mam na imię Martyna, ksywa Martis, lat 14. Tyle się ostatnio wydarzyło, że chyba zacznę pisać pamiętnik. Zaczęło się od tego, że Moja najlepsza przyjaciółka Diana okradła swojego tatę. Chcieliśmy tylko iść do butiku, ale uciekł nam autobus, więc wzięliśmy kurs na lodziarnię. Jak zjedliśmy lody i wyszliśmy przed budynek zaczepił nas pewien facet nawet przystojny i zaproponował, że nas zawiezie do butiku. I nie wiem co mnie podkusiło, ale się zgodziłam i Diana też. On nas wywiózł do lasu, do swojego domu. Spodziewałam się, że on nas zgwałci, albo co gorsza zrobi to i do tego nas zabije. Strasznie się bałam. Diana byłą w oddzielnym pokoju, nie wiedziałam, czy coś jej zrobi, czy nie. Nie miałam pojęcia ile tam siedziałyśmy związane, ale chyba dużo. Potem facet mi dał resztki z obiadu. Nawet ich nie tknęłam, chodź byłam głodna. Nie jestem jakąś niewolnicą! I poszedł do Diany. Słyszałam, że coś krzyczała, ale nie rozumiałam co. Chyba płakała. Ja starałam się nie rozklejać, ale łzy same mi ciekł po policzku. To było straszne. Wtedy ten facet wyszedł z domu, a ja zaczęłam się coraz bardziej szarpać. Nagle usłyszałam damski i męski głos. Podwoiłam mój krzyk, co było trudne przez zakneblowane usta. Do pokoju wparował tata Diany, i o dziwo, ekspedientka lodziarni. Na początku jej nie skojarzyłam ,to przecież obca kobieta. Tata Diany zdjął mi knebel z ust i powiedziałam mu, co prawdopodobnie chciał (lub już) zrobił podejrzany mężczyzna. Ojciec mojej przyjaciółki był bardzo zdziwiony. Potem rozwiązał mnie i Dianę.  Mieliśmy skoczył przez okno, bardzo się bałam, bo mam lęk wysokości. Już miałam skoczyć gdy do domku wbiegł ten facet. Gwałtownie się obróciłam i w tym samym czacie poczułam straszny ból w ramieniu. Dorośli zanieśli mnie szybko do samochodu. Więcej nie pamiętam... Chyba zemdlałam...


* * *


Obudziłam się w szpitalu, wszystko mnie bolało, a najbardziej ręka. W pokoju był jakiś chłopak Czy ja mam omamy? Gdzie ja jestem? Co się stało? - ostatnie dwa zdania wypowiedziałąm głośno. Chłopak, któy mi odpowiedział, rzekł, że jestem w szpitalu, a on jest synem kasjerki z lodziarni. Nie wyglądał na więcej niż 16 lat, prędzej 15. Był na mój gust, bardzo przystojny. Miał trochę długie, blond włosy i przepiękne błękitne oczy. No i był wysoki. Zapytałąm co z Dianą i dowiedziałam, się, że ma karę. - To jak będzie mnie odwiedzała? To koniec? - mówiłam szybko. - Spoko. Ma komórkę przecież. Zadzwoń - tak też zrobiłam. Nasza rozmowa była krótka:

 - Cześć tu Martis. Jesteś?
- Tak jestem.- Rzekła Diana ocierając łzy.
- Przepraszam to moja wina. Prze ze mnie dostałaś ochrzan od taty i Cię porwali.
- Daj spokój. Przecież Ciebie też porwano i leżysz teraz w szpitalu. Poproszę tatę może zgodzi się do ciebie przyjść. - oznajmiła Diana. Długo nie gadaliśmy, bo byłam bardzo zmęczona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz